» Zabij mnie, nim oni to zrobią!
5.11.2005 | kategoria: Melanż
Jestem zdesperowana. To już chyba szczyt desperacji. Raczej nie jest to związane z porą roku, bo dopadło mnie już w okolicach maja, a powróciło w październiku.
mecza mnie studia. wypalaja. ograniczaja. nie rozwijaja. cofam sie. nie przybywa nowych tresci. sa te same, tylko pod zmieniona nazwa przedmiotu. sa nudne. nastepuje powolne wypalanie materialu, ktory jeszcze niedawno byl w stanie chlonac wszystko, co nowe. a poniewaz nic nowego nie ma, nie chlonie. mam wrazenie, ze nic madrego juz w tej dziedzinie nie ma. pewnie nie ma, skoro wracamy do punktu wyjscia. biore kazda ksiazke do reki i widze zupelnie to samo – kazdy powoluje sie na kazdego, stosuje podzialy, zupelna formalizacja zagadnienia. zero praktyki. zero rzeczywistosci.
najciekawsze rzeczy dzieja sie poza studiami. a mialo byc odwrotnie. sluchac mi sie nie chce niedowartosciowanych cwiczeniowcow, ktorzy chyba wyznaja zasade, ze cwiczenia sa dla nich, a nie dla nas, ktorzy nie maja zadnej koncepcji, jak z nami pracowac, ktorzy nie pozostawiaja zadnej swobody i doboru lektur.
zaczna sie kola. pojde znowu z biegu (za co znowu mnie nagrodza – o krok od naukowego), bo nie jestem w stanie przebijac sie przez te lektury. przez te nudne tresci. coraz rzadziej bywam na zajeciach. na wyklady prawie w ogole nie chodze. za bardzo mnie mecza. nikt nie jest w stanie mnie zaskoczyc, powiedziec czegos, co skloni mnie do poszukiwan, do myslenia, do analizowania przez dwie noce. nie dlatego, ze juz wszystko wiem i jestem madra, ale dlatego, ze tresci przez nich gloszone sa nudne i powtarzaja sie. ile razy mozna sluchac tego samego. to nie jest plyta happysad, tylko nauka.
wziac IOS nie moge, bo przestane tam w ogole chodzic. doktos s uznaje, ze nauka nie moze przyjac mojej tworczosci (esej) w obecnej formie, ze nauka to naukowy jezyk, kultura slowa i mam wyglaskac forme. bo na tresc to on jest w stanie sie zgodzic. nauka mnie zabija. nauka czy doktor? pani doktor k od przedmiotu SE przelknela moje wizje edukacyjne. z trudem, byc moze ale udalo sie. magister b moze nie jest wyznacznikiem, ale podobala jej sie dosadnosc i odwaga w gloszeniu. pani doktor g tez nie protestowala, kiedy jechalam (doktor s uzna to slowo za niegodne czlowieka z wyzszym wyksztalceniem) po pedagogice gordona. przykladow mozna mnozyc.
czyli mozna przelknac moja tworczosc. czy nie na tym rzecz polega, zeby wprowadzac siebie w nauke? argumenty wzmocnione pewnymi slowami stana sie malo obiektywne czy beda pozbawione czystosci i kultury? bo w nauce (i nie tylko) jest trend ugladzenia formy? z uwagi na wielka ochote zaliczenia przedmiotu u doktora s bede cenzurowac i wygladzac. bo nie mam wyjscia? bo tak trzeba? bo takie sa standardy z ktorych nie wolno wyjsc, bo to nauka. bo cale zycie polega na trzymaniu sie ram, ze cos wolno napisac/ powiedziec, a czegos nie. ze to podobno kompromis. wiec doktor jako naukowiec, kotry ma pobudzac, nas, studentow pedagogiki do innowacji, poszukiwania, jasnosci umyslu, pracy nad soba, bedzie mnie wychowywal do spoleczenstwa.
pan p powiedzial, zeby szukac obszarow wciagajacych. szukam. mam. tylko obecny stan rzeczywistosci nie pozwala skupic sie na nich. bo te obszary sa poza uczelnia. w niej jest tylko teoria. poznanie – poza murami. zglebianie obszarow oznacza odejscie od innych. tu nie ma zlotego srodka – pol ciebie w szablonie, pol kreatywne. nie mozna byc w polowie w ciazy. a nawet nie wiem czy te obszary sa w stanie mnie zniesc. moze zacisnac zeby i dac sie zdegradowac do konca tresciom i naukowcom?
zatem innowacyjne metody pracy z ludzmi tez z gory sa skazane na krytyke, bo nie sa standardowe, bo wychodza poza pewne ramy, bo uzyje slow, ktore nie przystoja czlowiekowi wyksztalconemu.
jak mozna wypalic sie na studiach – mysl pierwszaka. mysl dwa lata pozniej – jak przetrwac, zeby tu nie oszalec. plus dla psychologii tlumu – nie jestes sam, jest was wiecej, czujemy sile i wsparcie nam podobnych.
wiec uciekam do pracy, ktora daje mi radosc pracy z ludzmi, pozwala wkurzac sie na nich, kontrolowac owy stan i testowac to, o czym pisze aronson i cialdini. no i batko. ale batko to juz tylko jako nowinka techniczna.
wiec uciekam do lektur, ktore cos wnosza, zaskakuja, sklaniaja do szukania, do zarywania nocy, dochodzenia do mysli, ktore juz zostaly odkryte. ale nie przeze mnie. praca mnie pochlania. w zasadzie kilka frontow pracy. tak tworczej i rozwijajacej, pelnej kreatywnego myslenia, wdrazania, obserwowania, rozmawiania, ustalania, konsultowania, sluchania, pisania, radzenia. nic w niej nie jest przewidywalne. pojawiaja sie trudnosci, emocje, biegnacy czas, cisnienie, adrenalina. po takiej burzy wychodzisz nowy, madrzejszy, jakby lepszy. uczysz sie sztuki przetrwania w trudnych warunkach. miedzy ludzmi. i mimo to jestes soba. ludzie to akceptuja. potem przenosisz to na grunt natury. wlazisz na 2290 i masz niepowtarzalna okazje zginac na wlasne zyczenie (trzeba bylo nie zlazic ze szlaku). ratuje cie tylko to, czego nauczyli cie ludzie i praca z nimi, nie studia, nie wroczynski i jego smetki.
i nagle musisz to porzucic, bo zaraz zaczynaja sie cwiczenia. kolejna lektura z cyklu „to juz bylo na pierwszym roku, jak panstwo pamietacie”. tak pamietamy i nie widzimy sensu czytania po raz kolejny ksiazek na ten temat. ale musisz. musisz sie cofnac, powracac, ponownie grzebac w smieciach, bo recycling jest trendy. nawet na studiach. jestescie elita, bo jestescie na studiach. bedziecie wyksztalceni. ale glupi. wypaleni. nauczeni powielania schematow. bo nauka nie jest w stanie przyjac innej formy wyglaszanych tresci. zycie zupelnie inaczej. zycie zaczyna sie poza studiami. kogo wciagnie wczesniej, bedzie mial dylemat – zostac w zyciu czy zostac na uczelni i wypalac sie.
Wpis opublikowano: 5.11.2005


Nic dodać, nic ująć!
Smutne to…
Pozdrawiam:
Mikolaj.