» O jednym na dwa sposoby
22.12.2005 | kategoria: Pedagogiki i okolice
Dwa punkty widzenia. Oba sensownie uzasadnione, choć zupełnie inaczej pojmują problem ubioru młodzieży – każdy z nich stosownie do swojego zawodu ;-). Fragment artykułu Agnieszki Korniłow „W czym na lekcje”, ERGO 09/2005.
Psycholog Maria Płotczyk podpowiada, żeby nauczyciele uważniej obserwowali, jak noszą się uczniowie. Jej zdaniem, właśnie ubiór ucznia może być dla nauczyciela ważnym sygnałem, że źle dzieje się w jego życiu. – Strój jest rodzajem maski. Za jego pomocą przekazujemy innym ważne informacje o sobie. Zielony „irokez” na głowie to jawna manifestacja: „Ja mam odwagę się sprzeciwić, prowokuję was do reakcji, zauważcie mnie”. To jest wołanie o zainteresowanie.
Jeśli dziecko ubiera się tak, żeby zamanifestować przynależność do subkultury, należy się zastanowić, dlaczego to robi. Nauczyciel powinien wejść z nim w bliższy kontakt, rozszyfrować, co chce przez to osiągnąć, albo – co sobie rekompensuje, ubierając się dziwnie. Trzeba dostrzec problem ukryty za strojem.
Wydekoltowane bluzki, odsłanianie pępka czy stringów wcale nie świadczą o złej moralności dziewczyny. Mogą wynikać z chęci dopasowania się do rówieśników albo z bardzo niskiej samooceny. Dziewczyna eksponuje ciało jako jedyny swój walor, bo np. uważa, że nic innego nie ma wartościowego do zaprezentowania otoczeniu. Dobry pedagog czy nauczyciel wspierałby ją w odbudowaniu poczucia własnej wartości.
I teraz drugie:
Stylistka Dorota Dingerkus jest innego zdania: – Uważam, że nie należy przesadzać z diagnozami o stanie psychicznym młodego człowieka na pod stawie tego, jak się ubiera. Młodzieży trzeba dać szanse wyrażenia swojej osobowości takimi metodami, jakie są jej dostępne. A więc przede wszystkim strojem. To ich droga do poszukiwania własnej odmienności. W pracy z młodymi ludźmi stawiałabym na rozwijanie poczucia estetyki i na kształtowanie wrażliwości.
Na miejscu nauczyciela rozmawiałabym dużo o obyczajowości, komercji, gustach w modzie, która u nas najczęściej staje się kiczowata, jest marnym naśladownictwem, efektem braku własnego stylu. To jest znakomity temat do dyskusji na lekcji wychowawczej. Namawiałabym też młodych do prowokowania strojem. Niech nie powielają tego, co proponują ulica i media, ale szukają własnego wyrazu, czegoś fajnego i oryginalnego.
Konieczne jest mówienie o zasadzie umiaru w stylizacji: „im mniej – tym lepiej”. „Czy w tym stroju czujesz się dobrze?” – to pytanie powinno otwierać partnerski dialog o ubiorze. Jestem przekonana, że takie stawianie sprawy, a nie wytaczanie dział przeciwko dredom, sprawi, że młody człowiek nie pójdzie w trampkach do teatru narodowego. Sam będzie czuł, że tak nie wypada. Poczucie dobrego smaku kształtują media, rówieśnicy, ale przede wszystkim dom. Jednak i rola szkoły mogłaby tu być większa.


Juz widze to, jak nauczyciele wnikaja w problemy uczniow i nawiazuje z nimi bliski kontakt… Pani Maria urwala sie chyba z jakiegos innego swiata.