Za każdym razem, jak wracam z koncertu plenerowego i nie słyszę, mówię: „Nigdy więcej nie będę stać przy kolumnach”. Mówiąc słowami Adasia Miauczyńskiego: „Kurwa, ja pierdole, znowu zachowuję się nieasertywnie” ;-). Na łeb daje mi dzwonienie w uszach. Lepsze to niż totalna głuchota na jedno ucho (koncert Perfectu, VIII kl. podstawówki) i myśl, że w lewym uchu nastała cisza. Wtedy po 7 dniach zaczęło mi dzwonić, co odebrałam jako sygnał, że będę słyszeć i nie musze iść do lekarza. Czym za(b/p)ić to dzwonienie? – myślę…
Wpis opublikowano: 14.05.2006


Jako muzyk ;) z przykrością muszę Ci oznajmić, iż dzwonienia w uszach nie da się pozbyć :) Z tym trzeba żyć hje hje. Poza tym, po pewnym czasie to zaczyna być nawet przyjemne, a już w ogóle dla muzyka ;) takiego jak ja :)
Lukasz, nie chce nic mowic, ale Piotr Szkudelski byl moim idolem, zawsze chcialam grac na kuchennych Zepterach tak, jak on :)
To tymbardziej powinnaś cieszyć się z dzwonienia w uszach. Specjalnie o tym pisałem, gdyż ja właśnie gram na perkusji i czasem nie słyszę dłużej niż 7 dni ;) I w ogóle jak teraz o tym myślę to dzwonienie w uszach idzie zabić jeszcze głośniejszym koncertem, bądź jeszcze głośniejszym graniem he he. Tylko nie wiem czy to dobra strategia na przyszłość?
O ile tylko zabawa na koncercie była przednia, to nie marudź :)