» Signum temporis – na przykładzie studiów
18.11.2007 | kategoria: Melanż
Niedziela. Trzeba wyłączyć komunikator, bo dziś ludzie nie siedzą w knajpie czy z rodziną, tylko przed komputerem. Jak zmienili się studenci w ciągu ostatnich lat?
Mailem w naukowca
Kiedy na drugim roku studiów (a dziś jestem na piątym) pisałam maila do pewnego profesora1, ludzie z roku patrzyli na mnie jak na UFO. No, bo jak to? Przykład reakcji:
Maila do profesora? A jak nie odpowie? A jak wyśmieje? A to tak chyba nie wypada, bo to profesor przecież. Jeszcze zrobię jakiś błąd, nie postawię przecinka i uzna mnie za idiotkę. I tak jakoś to głupio. I trochę strach.
Dzisiaj każdy student pisze maila i nie widzi w tym nic niestosownego. Naukowcy maile podają tak samo chętnie, jak wtedy, ale coś zmienia się w świadomości studentów.
Materiały
Proszenie ćwiczeniowca o materiały w wersji elektronicznej było prośba bardzo dziwną i podejrzaną. Nikt ich nie potrzebował, nikt nie pytał, mało kto siedział przy komputerze (lepiej posiedzieć na imprezie).
Teraz jest inaczej. Jeśli są to zajęcia ogólne (wszystkie specjalizacje razem), to jedna osoba podaje maila i rozsyła reszcie2
Jeśli są to zajęcia specjalizacyjne (jestem na Metody komputerowe w edukacji), to albo idzie hasło: Wrzucę Wam na Moodle`a albo Zgrajcie sobie z mojego pendriva na swoje.
Pendrive
Niemal rewolucja. Jak ja latałam z pendrivem, to ludzie nie wiedzieli, co to jest. Teraz każdy ma pendrive i nosi albo na szyi (pomysł chyba zerżnięty od pewnego profesora3) albo w kieszeni i nigdy się z nim nie rozstaje. Chociaż z tego, co wiem, na studiach informatycznych wygląda to jeszcze inaczej.
Laptop
Gdybym na drugim roku wyskoczyła z laptopem, to uznaliby mnie za szaleńca. Niewiele osób wtedy miało laptopy, co wiem z rozmów, a nie z obserwacji.
Dziś chyba każdy ma laptopa. Zamiast nad książką, pochyla się nad laptopem. Od zeszłego roku mamy sieć bezprzewodową w Instytucie Pedagogiki (przepraszam, od października tego roku jest to Wydział Nauk Pedagogicznych), więc mając okienko, każdy siedzi przy komputerze.
Serwisy społecznościowe
W sieci widać mnie od 2000, czyli dłużej niż studiuję. Moich znajomych z roku ani z liceum nigdy w sieci nie było, ponieważ byli spoza branży. Nie interesował ich internet, bo niby do czego mieliby go wykorzystywać? Nie można było ich spotkać na Gronie, czy na forach dyskusyjnych.
Dziś siedzę sobie w domu i co chwilę dostaję jakieś zaproszenia od ludzi – a to do Nasza-Klasa a to GoldenLine, a to Studentix, a jeszcze jakieś inne cuda. Na zajęciach wszyscy siedzą na Allegro albo serwisach społecznościowych.
Komunikatory
Ludzie nałogowo używają Gadu-Gadu. Niektórzy także Skype. Kiedy ja zakładałam sobie GG, nikt z moich znajomych nie miał nawet komputera. Pamiętam, że była to era modemu, gdzie 3,5 zł za godzinę można było mieć dopiero po 22 (później zmieniono na 18-tą)4
Ludzie z firmy X
Kiedyś dyskutowaliśmy sobie na jakimś forum na temat jakiejś firmy. Mogliśmy pisać co nam się podobało, psiocząc na firmę albo ją szczerze chwaląc.
Dzisiaj taka dyskusja wygląda inaczej. Okazuje się bowiem, że na forum jest zarejestrowany dyrektor marketingu, programista, prezes i sekretarka. Monitorują to, co pojawi się na różnych forach na temat ich firmy i reagują.
Niby fajnie, bo można bezpośrednio podyskutować z osobą odpowiedzialną za daną sprawę. Z drugiej strony całość przypomina histeryczne nadzorowanie pt. Musimy tam być i wiedzieć, co o nas napiszą, bo nasz wizerunek nie może ucierpieć.
Dodatkowo pojawia się zjawisko podszywania się pod zwykłych klientów. Czasami można zaobserwować, że ten sam numer IP mają 4 osoby – trzech różnych klientów, którzy są zadowoleni z produktu i mówią o tym innym użytkownikom na forum oraz pan prezes (albo wynajęta firma PR).
Refleksja
Nie chce tu wyjść na wielce oświeconą, bo przecież takich jak ja jest miliony na świecie. Dostrzegam jednak coś ciekawego – na naszych oczach odbywa się pewna rewolucja. Do naszego (komputerowców) świata wchodzą Kowalscy, chłoną nasze nawyki, nasze pasje. I chociaż patrzą na to z innej perspektywy5, stają się uczestnikami naszego świata.
———————–
1 Zainteresowany wie, że o nim mowa. Pozdrawiam :)
2 Cały czas zastanawiam się, dlaczego na pierwszym roku nie zrobiłam listy mailingowej dla swojego rocznika. Dwa kliknięcia i po sprawie.
3 A co mi tam… też pozdrawiam.
4 Chwilę później przez ten modem ubiegałam się o możliwość pisania artykułów do darmowego zina Escape Magazine. Korespondencję prowadziłam z Tomaszem Kapelakiem, który był tam redaktorem naczelnym. A dalej, to już pewnie znacie historię.
5 Przykład nasza-klasa.pl. Oni widzą w tym fajne narzędzie do odnowienia kontaktów, a my mało intuicyjną nawigację, przeciążenia serwera, świetny marketing wirusowy i jakiś model biznesowy itp.


Podzielam spostrzeżenia. Zastanawiam się od jakiegoś czasu nawet na ile wdzierające się nowe technologię wpłyną na sam proces poszerzania wiedzy. Czy przy tak szybkim tempie zmian uczelnie mają szansę wybrać rozsądną drogę ewolucji procesu nauczania?
Istotnie „moodle” dziś dla wielu studnetów stały się synonimem miejsca do przechowywania informacji.
Szerzej patrząc jaki jest udział nas wszystkich jako uczestników tej ewolucji procesu postrzegania informacji. Dziś, natychmiast każdy może uczestniczyć w dyskusji.
Bardzo trafne spostrzeżenia, choć można by podyskutować o niektórych aspektach. Dla przykładu, mimo że sam nie rozstaję się z odtwarzaczem MP3 (który robi za pen-drive’a), kablem od komórki (ta od biedy też), zaś zajęcia informatyczne zaczynam od uruchomienia komunikatora – nie noszę laptopa na zajęcia i raczej nie chciałbym, aby tradycyjne „rozmowy przy dymku” zostały wyparte przez „posiadówki” na Allegro czy w sieciach społecznych.
A co tych pendrive’ów na szyjach – przypomniało mi się. :)
Podoba mi się przypis piąty (5), który dokładnie w jednym zdaniu opisuje podejście do serwisu społ. nasza-klasa. Ciekawe podsumowanie.
Mnie się tylko przypominają stare (dobre) czasy, kiedy to chyba jako jedyny byłem traktowany jako „prawdziwy obcy” na wykładach :) Jak miałem laptopa to kolo bez przerwy coś się nabijał z tego a ja i reszta grupy mieliśmy z tego niezły ubaw. W pewnym momencie nosiłem go już bez przerwy na jego wykłady bo wiedziałem, że będzie ubaw.
Kolejny ubaw mają teraz chyba wszelkie firmy usługowe z zakresu serwisowania komputerów oraz wszelakich usług IT „dla kowalskich” bo ci zazwyczaj bladego pojęcia o komputerach nie mają – ale to dobrze – robi się rynek dla informatyków :)
„Naukowcy maile podają tak samo chętnie, jak wtedy, ale coś zmienia się w świadomości studentów.”
Może się mylę, ale pracownicy naukowi uczelni, w których studiowałem/studiuję, 2-3 lata temu mniej chętnie podawali swoje adresy e-mailowe. A może to tylko efekt dłuższego stażu?…
U nas łaski nie robią, bo mają adresy uczelniane. Niektórzy podają też prywatne. Naukowcy spoza uczelni (dojezdni) podają też numer komórki, ale nie wszyscy. Jeden podaje skype.
Pozostaje się cieszyć, że Twoja uczelnia nie jest kliniką geriatryczną jak niektóre. Fakt, że część nawet starszych wykładowców da się nawrócić na pocztę elektroniczną, ale dla niektórych szczytem techniki będzie przyjmowanie prac domowych na dyskietkach do archiwum…
Nie wiem, jak było kiedyś, ale mogę Ci powiedzieć, jak jest teraz, na Politechnice (podkreślam: politechnice!) Gdańskiej. Otóż niektórzy wykładowcy tworzą całe strony z materiałami, skryptami, opisami laborek itp. itd., zachęcają do komunikacji via e-mail lub Skype, umieszczają na bieżąco informacje w Sieci i nie robią problemów, by zrzucić na pendrive’a slajdy z ich laptopa.
Ale z drugiej strony są też tacy, którzy nie udostępniają materiałów w formie cyfrowej, albo nawet w ogóle, nie mówiąc o tych, którzy ścigają wszelkie próby skanowania i rozpowszechniania Wielce Cennych Skryptów i Instrukcji(tm). Kontakt przez maila jest z nimi niemożliwy (bo tam tylko spam przychodzi).
Ponadto serwisy uczelniane (przypominam: politechnika) często nie działają albo wyglądają, jakby zarządzał nimi nastolatek, który przeczytał pół książki i trzy manuale.
Podsumowując: postęp jest zauważalny, ale największą przeszkodą okazuje się ludzka mentalność, która wciąż mówi: „nie chce mi się”, „a co mnie to obchodzi?”, „a czemu by im nie zrobić pod górkę?”.
Niestety to się zmienia. Nie podoba mi się to, więc nie mam konta na gronie, nie rozdaję swojego numeru GG – kilka lat temu mogłem liczyć, że nikt się nie odezwie, dziś wiem, że zaraz po powrocie do domu zostałbym przez kilka osób zapytany „ej, jak zrobiłeś to, jak tamto, kiedy piszemy X, kiedy Y..”. A jeszcze 5 lat temu czułem się w sieci taki samotny ;) Nie wiem, czy zdajecie sobie z tego sprawę, ale już w szkołach średnich potrafi tak być – jeden z nauczycieli wyraźnie zaznaczał, że chętnie odbiera prace drogą elektroniczną.